A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 32 .    

    Zdalnie sterowany holownik podniósł w swoich szczękach wielką bryłę i wsadził ją pomiędzy inne. Ida zaklęła, usiłując utrzymać kontrolę, pomyliła się i bryła zderzyła się z innymi. Sten i reszta upadli na siebie, potem zwalili w drugą stronę, gdy rozległ się następny głośny zgrzyt.

    - Czy zaczniesz wreszcie kierować tą cholerną rzeczą? wrzasnął na Idę Sten. - Zamienisz nas w mus sojowy.

    - Próbuję. Cały czas próbuję! - odkrzyknęła Ida. Wślizgnęła się z powrotem na swoje siedzenie i jeszcze raz zaczęła delikatnie naciskać klawisze komputera.

    Sten i inni członkowie Zespołu Modliszki siedzieli we wnętrzu bryły. Tak naprawdę był to wielki, wydrążony kawał rudy przekształcony w mały statek kosmiczny. Poza tym, że oczywiście nie było na nim żadnego silnika. Pchał go holownik. I właśnie dlatego wszyscy przeklinali Idę, gdy próbowała manewrować zdalnie sterowanym robotem ze środka bryły.

    - To nie moja wina - broniła się. - Ten cholerny holownik nie ma nawet tyle mózgu, co bakteria.

    - Nie gadaj tyle, tylko wysil się trochę - powiedział Alex. Przecież ty masz mózg zupełnie na miejscu... Oooch, cholera jasna! Niech cię diabli wezmą, skarbie.

    Ida uśmiechnęła się do niego w odpowiedzi.

    - Może lepiej zamkniemy się - stwierdził Sten - i pozwolimy jej prowadzić.

    Ida pieściła klawisze. W końcu holownik zaczął reagować nieco łagodniej. Bryła obok przesunęła się na bezpieczny dystans. Silniki robota zadziałały i zaczęli dryfować wolno za nim, w kierunku Vulcana.

    Sten odkrył znakomity sposób dostania się na planetę. Vulcan wysyłał do rejonu kopalń tylko bezimienne holowniki, a cała praca wykonywana była przez roboty. Wydrążona bryła obok mieściła ich wyposażenie.

    Zbliżając się do samego Vulcana Ida wcisnęła odpowiednie klawisze na komputerze, wyłączając całkowicie nadawanie, aby ogłupić czujniki, a potem położyła palec na wargach, zupełnie niepotrzebnie ostrzegając ich, aby byli cicho. Kapsuła służby bezpieczeństwa zbadała ich ze wszystkich stron i pozwoliła na przejście.

    Żarty, szeptane przekleństwa i holownik zaczął przepychać ich do wielkiego, ziejącego portu. Potem trzask, i byli już na dole.

    - Cholera, Ido - jęknął Jorgensen. - Okaż trochę ludzkich uczuć.

    - Na tym właśnie polega problem - powiedział Doc. - Ma ich zbyt wiele.

    I ruszyli wzdłuż chodnika w kierunku grzmiących odgłosów zgrzytających, wielkich zębów.

    - Tutaj musimy zejść - powiedział Sten. - I to szybko. Opuścili port i wygramolili się na zewnątrz. Około stu metrów przed nimi czekały olbrzymie szczęki kruszarki. Sten i Ida otworzyli drugą bryłę i zaczęli wywlekać z niej wyposażenie. Jorgensen poklepał niesiony przez siebie plecak. Siedzący w środku Frick i Frack piszczeli, aby ich uwolnić.

    Zanieśli pakunki na skraj pasa transmisyjnego, potem ześlizgnęli się ich śladem.

    - Następnym razem - stwierdziła Ida, gdy wstawiali swoje rzeczy do pojazdu - ty prowadzisz.

    - Nie mogę - odpowiedział Sten. - Zdaje się, że złamałaś mi ramię.

    Uchylił się przed jej pięścią i wskoczył do wozu. Gdy wgramolili się inni, Sten przełączył sterowanie na ręczne i skierował się w stronę ich kryjówki.

    Trafił na nią, kiedy należał do Buntowników. To było coś lepszego niż tylko schronienie. To był dom, kompletnie wyposażony, z dostępem do jedzenia, picia i niezupełnie publicznego transportu.

    - Imperator to betka w porównaniu z nami - gwizdnął Jorgensen.

    Nawet Doc patrzył z osłupieniem na odkrycie Stena. Stali w głównej sali balowej czegoś, co kiedyś stanowiło luksusowy statek pasażerski. Pochodził on z wczesnych czasów podróży międzygwiezdnych, kiedy droga zajmowała miesiące i konkurujące ze sobą linie chwaliły się obsługą, jaką zapewniają swoim dobrze sytuowanym klientom. Byty tam prywatne przedziały, sale do gier towarzyskich i kilka takich jak ta, w której stali - z połyskującymi żyrandolami i wypastowaną podłogą. W doskonałej próżni Vulcana wszystko zachowało się dokładnie w takim stanie, w jakim zostawiła to Kompania wieki wcześniej, gdy statek wykorzystywano jako kwatery dla wyższej kadry nadzorującej budowę Vulcana. Kupiono go od bankrutującej korporacji, postawiono na miejscu i porzucono, gdy Vulcan rozrósł się.

    Setki metrów wyżej, blisko sufitu sali, Frick i Frack krążyli jak szaleni, piszcząc z zadowolenia z powodu odzyskania wolności.

    - No cóż - powiedziała Ida - nietoperzom tu się podoba, a więc chyba wszystko w porządku.

    Przestała być taka radosna, gdy Sten pokazał jej komputer statku i zagonił do pracy.

    - To jest tak cholernie prymitywne - narzekała - że nadaje się tylko do muzeum.

    Sten zdążył już na tyle nauczyć się dyplomacji, że wiedział, kiedy ma trzymać gębę na kłódkę. I zanim wyszedł, zauważył, że Ida pochyla się nad pulpitem, przywołując wszystko znowu do żywa, i zaczynając podłączenie aparatury do centralnego komputera Vulcana.







   - Moim zdaniem - powiedział Doc - naszym pierwszym problemem jest rekrutowanie.

    Ułożył wygodnie swoje krępe ciało na krześle, stopy mu zwisały. Siedzieli w kwaterze kapitana, pożerając luksusowe dania wyczarowane przez Idę z komputera.

    - To znaczy - powiedział Alex - że nie mogę jeszcze wysadzić wszystkiego w powietrze?

    - Cierpliwości, Alex - stwierdził Sten. - Dojdziemy wkrótce do tego. - Odwrócił się do Doca. - Nie możesz po prostu podejść do Miga i pokiwać na niego palcem. Pomyśli, że jesteś szpiegiem Kompanii i zwieje, gdzie pieprz rośnie.

    Jorgensen czknął, potem rzucił Frickowi i Frackowi kilka owoców.

    - Daj mi jakieś wejście, a zobaczę, co się da wygrzebać. Sten pokręcił głową.

    - Nie. Zaczniemy od Buntowników.

    - Z tego, co nam o nich mówiłeś - stwierdziła Ida - spróbują poderżnąć nam gardła.

    - Twoje sugestie? - zapytał Doc.

    Sten zdziwił się. Doc zawsze stwierdzał fakty. Nigdy nie pytał. A potem zorientował się, że pomimo odpraw, Doc nadal usiłuje odnaleźć własną drogę wśród zawiłości Vulcana.

    - Strzelaj.

    - Nie. Nie. Nie chcesz do nich strzelać.

    - Mam na myśli... cholera! Zapomnijmy o tym. Idziemy dalej.

    - Powinniśmy chyba wymyślić jakąś wspaniałą istotę. Bohatera do naśladowania.

    - Nie rozumiem.

    - Oczywiście, że nie rozumiesz. Posłuchaj, wytłumaczę ci...







    Nie musieli długo czekać na wdrożenie planu Doca. Ida podłączyła się do systemu Kwatery Głównej Strażników, ustawiła monitor na przekaz danych z tego systemu, a potem poleciła komputerowi statku obudzić ją w odpowiednim czasie.

    Zostali złapani w pułapkę. Wszystkie wyjścia zagrodzono i przybywały posiłki patroli strażników. To był wielki gang Buntowników, uzbrojony w paralizatory i słuchający rozkazów z niemal wojskową dyscypliną, podczas gdy przywódczyni wyszczekiwała komendy.

    - Was trzech, za te skrzynki. Ty i ty, stanąć tutaj.

    Rozległ się głośny trzask, gdy strażnicy rozwalili zamek zewnętrznych drzwi. Przywódczyni rozejrzała się dookoła. Już więcej nie mogła zrobić. Za parę minut wszyscy zginą. Zajęta stanowisko za stosem skrzynek i czekała.

    Następny, głośniejszy trzask i główne drzwi eksplodowały, obsypując wszystko prysznicem z metalowych drzazg. Wrzaski rannych. Przywódczyni wyskoczyła, otwierając ogień w kierunku umundurowanych postaci w drzwiach. Obok niej rozlegał się nierówny ogień, gdy inni podjęli walkę. Beznadziejne. Strażnik schował się za wielką, metalową tarczą.

    Krzyk ponad nimi.

    - W dół!

    Przywódczyni patrzyła, jak szczupła postać wyskoczyła z kanału na stos skrzynek. Był za prowadzącym czołówkę strażnikiem. Podniosła swoją broń. Prawie strzeliła. I znowu ktoś wrzasnął.

    - Padnij!

    Przytuliła się do ziemi, gdy Sten strzelał do strażnika ze swojego karabinu. Pomiędzy atakującymi zaczęła się masowa panika i histeria. Kilku próbowało podjąć walkę. Sten posługiwał się swoim karabinem jak wężem, strzelając od lewej do prawej i potem znowu do lewej. I po chwili wszystko się skończyło, zostało tylko dwudziestu martwych strażników.

    Sten zeskoczył w dół i podszedł do Buntowników. Zdumieni wychodzili z ukrycia. Patrzyli na idącego Stena. Jeden z chłopców zrobił ostrożny krok do przodu.

    - Kto jest waszym przywódcą? - spytał Sten.

    - To ja - odezwał się za nim głos.

    Odwrócił się i zobaczył kobietę, wychodzącą zza stosu skrzynek. I zamarł.

    Bet.







    Spadała. I spadała. I spadała. Krzyczała do Stena. Każdy mięsień napięty w oczekiwaniu bólu. Jak dziecko w obliczu nadchodzącego koszmaru.

    I nagle miękkość. Jak uderzenie w miękkie poduszki, ale dalej spadała. Poduszki stwardniały i uderzyła... w dno? I znowu poleciała w górę, kręcąc się dookoła siebie. I znowu zaczęła spadać. Wolniej.

    Aż wreszcie stwierdziła, że wisi w powietrzu nad wielką maszyną. Winda grawitacyjna McLeana, której robotnicy używali do przeciągania ciężkiego sprzętu przez kanały wentylacyjne.

    Ostrożnie ześlizgnęła się na dół i spadła na podłogę. Wpatrywała się w ciemność. Nic. Krzyczała do Stena. Ponad nią słychać było jakieś dźwięki, potem promień światła zaczął szperać w dole. Odskoczyła na bok, gdy strażnik strzelił do niej. Wstała i rzuciła się do ucieczki.







    Bet wyciągnęła się wygodnie na łóżku. Wtuliła się w Stena.

    - Nigdy nie myślałam...

    Uciszył ją pocałunkiem. Przygarnął bliżej.

    - Po co myśleć? Żyjemy.







    Ida przechadzała się tam i z powrotem, popatrując co jakiś czas na drzwi do kwatery Stena. Była bardzo zła.

    - To po prostu wspaniałe - narzekała do Alexa. - Mrugnęła okiem i już. Członek Sekcji Modliszki. Jeszcze jeden kochaś.

    - Nie masz chyba zbyt romantycznego ducha, co skarbie?

    Ida żachnęła się, ale nie raczyła nawet odpowiedzieć.

    - Wszyscy przepadamy za Bet - powiedział Alex.

    - Jasne - warknęła. - Znamy nawzajem swoje profile psychiczne. Wiem też doskonale, że tęsknisz za domowymi daniami swojej matki. Ale to nie znaczy, że mam pozwolić, aby twoja kochana stara mamusia przyłączyła się do naszej drużyny.

    - Przestań się czepiać mojej matki. Ma takie ramię, że może jednym ruchem zatrzymać czołg.

    - Doskonale wiesz, co mam na myśli.

    - Tak, wiem. A ty się mylisz. Ta mała nam się bardzo przyda.

    - Niby jak?

    - Zobaczysz, nie będę sobie zawracał głowy tłumaczeniem. Sten zrobi to za mnie.

    Ida znowu prychnęła, potem uśmiechnęła się.

    - Do diabła z tym wszystkim. Chodź, napijemy się piwa.







   - Nie mamy żadnej szansy - mówiła Bet. - Po prostu wydostańmy się stąd. Z Vulcana. Tak, jak zawsze marzyliśmy.

    Sten pokręcił głową.

    - Nie mogę. I nawet gdyby inni pozwolili mi, nie chciałbym. Thoresen...

    - Do diabła z Thoresenem!

    - I to właśnie chcę zrobić.

    Bet zaczęła mówić mu, że zabicie Thoresena - nawet jeśli byłoby możliwe - nie odda mu rodziny. Ale przecież on o tym wiedział. Westchnęła.

    - Jak mogę pomóc?

    - Prowadziłaś tę grupę od czasu, kiedy ja... wyjechałem?

    Bet skinęła głową.

    - Z tego co widziałem, są całkiem nieźli.

    - Nie tak, jak grupa Grona - stwierdziła. - Ale najlepsi ze wszystkich. Jesteśmy uzbrojeni i nie uciekamy wciąż, tak jak Oron.

    - I inne grupy Buntowników cię szanują?

    - Tak.

    - To dobrze. Chcę, abyś zwołała zebranie.

    - Zebranie? Po co?

    - Słuchaj uważnie. Powiem ci.







    Szefowie poszczególnych grup Buntowników mierzyli się nawzajem wzrokiem. Byli podejrzliwi nawet mimo zapewnień Bet. Spotkanie mogło okazać się pułapką zastawioną przez strażników lub próbę przejęcia władzy.

    Około piętnastu z nich usiadło dookoła wielkiego stołu, zdobywając się na uprzejmości i usiłując nie okazywać wrażenia, jakie wywarł na nich wielki bankiet i luksusowa jadalnia.

    Miejsce spotkania stanowiła nowa restauracja, której otwarcie wyznaczono na następny dzień. Najnowocześniejsze roboty kelnerskie krążyły po sali oferując Buntownikom delikatesy zarezerwowane zwykle dla Execów. Ida znalazła to miejsce po tym, jak Sten powiedział jej, że potrzebuje wywierającego wrażenie pomieszczenia na spotkanie przywódców gangów. Tak, aby móc im pokazać, jak potężna jest Sekcja Modliszki. Ida najpierw podłączyła się do bazy danych personelu i nakazała wszystkim potencjalnie zatrudnionym w restauracji pozostanie na aktualnych stanowiskach. Kilka następnych uderzeń w klawisze i okazało się, że budowa restauracji bardzo się opóźnia z powodu braku materiałów. I tylko dla pewności Sten zatrudnił kilka robotów do powieszenia znaku przed głównym wejściem: "Niebezpieczeństwo. Nie wchodzić. Brak powietrza".

    Bet przewodniczyła przy stole. Obok niej usiadł Sten. Podniosła rękę do góry, aby zwrócić na siebie uwagę.

    - Popatrzcie na nas wszystkich - powiedziała. - Popatrzcie na twarze dookoła stołu.

    Zdziwieni rozejrzeli się po sobie.

    - Po raz pierwszy przywódcy każdej grupy zebrali się w jednym pokoju. I co jeszcze lepsze, nikt nikomu nie podcina gardła.

    To prawda, pomyśleli niektórzy z nich. Ale może nie na długo.

    - Pomyślcie, co to oznacza. Wszyscy razem. Reprezentujemy połączoną siłę około trzystu czy czterystu Buntowników.

    Poruszenie.

    - O co tu chodzi? - warknął Patris, szef jednego z gangów.

    - Normalnie - powiedziała Bet - nic. Wszyscy przeciwko strażnikom oznacza tylko nieco więcej szumu niż zwykle.

    - A więc kto mówi o pójściu przeciwko strażnikom? zapytał herszt imieniem Flynn.

    Bet wskazała na Stena.

    - On.

    Mruczenie przeszło w głośne szemranie.

    - To jest Sten. Słyszeliście o nim. Był z Oronem. Coraz głośniejsze pomruki.

    - Sten wydostał się poza Vulcan. A teraz wrócił, aby nam pomóc.

    Osłupiała cisza. Ale głównie z powodu bezczelności kłamstwa.

    - Wszyscy słyszeliście o tym, co przytrafiło się mojej grupie? - powiedziała Bet.

    Przytaknęli.

    - I słyszeliście o tym, co spotkało tych cholernych strażników, którzy nas prawie mieli?

    Powolne potakiwania. Przebłyski zrozumienia, dokąd zmierza jej przemowa.

    - Zabił ich Sten - stwierdziła Bet. - Zabił ich wszystkich. Gdyby to, co mówi, było nieprawdą, to jak zdołałby to zrobić? Jak ja mogłabym siedzieć tutaj i mówić do was?

    - Ona ma rację - zauważył Patris. - Mój najlepszy zwiadowca widział, jak uprzątali ciała tych gadów.

    Flynn uśmiechnął się szyderczo.

    - A więc on jest bohaterem: Wielka mi rzecz. Czego on chce od nas?

    Sten wstał. Natychmiastowa cisza.

    - To bardzo proste - powiedział. Mamy zamiar przejąć władzę na Vulcanie.







    Wysiłki w celu przejęcia Vulcana zaczęły się serią czegoś, co Doc nazwał "akcją cieni".

    - Chcemy, aby wśród Migów wzrosło niezadowolenie powiedział. - W ten sposób uderzymy w czuły punkt Kompanii. Doc stwierdził, że proponowany przez niego sposób postępowania jest jego najlepszym jak dotąd pomysłem. Jorgensen zaś, że po prostu planują brudne sztuczki, a to, co powiedział Alex, absolutnie nie nadaje się do powtórzenia. Tylko Ida była zadowolona. Odkryła nieskończone możliwości bogacenia się.

    - To musi zaczekać - ostrzegł ją Sten.

    - A dlaczego? Ten komputer zaśpiewa dokładnie tak, jak mu zagram.

    - A więc znalazłaś Projekt Bravo? Ida westchnęła.

    - No, może na trochę inną nutę. Doc popatrzył na nią.

    - Zacznę od audycji radiowych - powiedziała opryskliwie. Nawet Doc pozostawał pod wrażeniem urządzeń, które skonstruowała. Zajmowały cały przedział na pokładzie starego liniowca. Zasadniczo był to prosty nadajnik radiowy zasilany ze źródła mocy tak potężnego, że mogło wypchnąć Vulcan z orbity. Podłączyła to do minikomputera Modliszki i nastawiła na monitorowanie częstotliwości Kompanii, na której nadawano dla Migów wiadomości i słuchowiska.

    - Włączasz ten przycisk - powiedziała - i wchodzimy na ich pasmo nadawania. Wszystko, co mówimy, brzmi tak, jakby szło z ich stacji.

    - To znaczy coś takiego, jak: "Thoresen robi to ze zwierzętami"? - spytał Sten.

    - Nieco bardziej subtelnie - wtrącił się Doc. - Rzecz polega na tym, aby to zrobić tak, żeby brzmiało jak tekst aprobowany przez Kompanię.

    Brak zrozumienia odbił się na twarzy Stena. Machnął na nich ręką z niechęcią.

    - Nie szkodzi - stwierdził Doc. - Opracuję to, co mamy zamiar powiedzieć. Ty martw się tylko o swoją część.







    Sten i Bet przechadzali się spokojnie w pobliżu fabryki. Spacerowali powoli jak dwoje Migów, którzy właśnie wyszli z fabryki i kierowali się w stronę piwiarni. Kilku robotników wyłoniło się z bramy zakładu i weszło na chodnik tuż obok nich.

    Sten trącił Bet w łokieć.

    - Spójrz no tam - powiedział głośno. Czy to nie Obszar Roboczy Dwadzieścia Trzy?

    - Tak - odpowiedziała Bet. - Jasne. Słyszałam o tym miejscu.

    Sten pokręcał głową.

    - Biedne dranie. Na pewno nie chciałbym pracować tutaj. No, cóż. Myślę, że Kompania pracuje nad szczepionką.

    Wielki Mig popatrzył na nich.

    - Szczepionka? A na co?

    Sten i Bet ostrożnie odwrócili się do niego.

    - Och, to ty tu pracujesz?

    Mig kiwnął głową.

    - Przykro mi - stwierdziła Bet. - Nie przejmujcie się. Wielki Mig i jego kumple przysunęli się do nich.

    Nie przejmować się? Czym?

    Sten i Bet zaczęli wyglądać na nieco zdenerwowanych.

    - Słuchaj - powiedział Sten. - Nie tak blisko, jeśli łaska. Trochę dalej.

    - Co się z wami dzieje, ludzie? Co rozumiesz przez to "nie tak blisko", co? Mamy jakąś zakaźną chorobę, czy co?

    Bet pociągnęła Stena.

    - Chodźmy stąd. Nie chcemy żadnych kłopotów.

    Sten zaczął odchodzić, ale stanął.

    - Ktoś musi im to powiedzieć - stwierdził. Odwrócił się do zdziwionych Migów. - Pracujemy w Klinice dla Migów.

    - I co?

    - A więc mieliśmy kilka naprawdę dziwnych przypadków z tego miejsca.

    Wskazał na fabrykę, z której mężczyźni właśnie wyszli.

    - Jakie znowu przypadki?

    - Nie jesteśmy pewni - wtrąciła się Bet. - To ma coś wspólnego z tymi rozpuszczalnikami, jakich używacie.

    Migowie zesztywnieli.

    - Co jest z nimi nie tak? - spytał wielki mężczyzna.

    - Nie umiem powiedzieć. Wydaje się, że to jakiś rodzaj wirusa. Uderza tylko w mężczyzn.

    - I co im robi?

    Sten wzruszył ramionami.

    - Powiedzmy sobie, że nie mieli raczej ostatnio intensywnego życia seksualnego.

    - I pewnie nigdy nie będą - wpadła mu w słowo Bet.

    Migowie popatrzyli na siebie nawzajem.

    Sten złapał Bet za ramię i pociągnął ją za sobą.

    - Powodzenia, chłopaki! - wrzasnął przez ramię.

    Migowie nawet nie zauważyli, że Sten i Bet przeskakują przez barierkę i zbiegają po innym chodniku. Już czuli się impotentami do końca swoich dni.







    Ida przymilnie mruczała do mikrofonu. Doc siedział obok niej, sprawdzał swoje notatki upewniając się, że mówi wszystko odpowiednim tonem, robiąc przerwy we właściwych miejscach.

    - Zanim zaczniemy naszą następną audycję, drodzy współpracownicy, mamy dla was informację. Pochodzi ona z Kliniki. Ludzie tam są bardzo przejęci plotkami, jakie pojawiły się ostatnio. Niemądre plotki, naprawdę. Mają coś wspólnego z obecnością wirusów w rozpuszczalnikach używanych w Obszarze Roboczym Dwadzieścia Trzy.

    Uśmiechnęła się do Doca.

    - Och, przepraszam - miałam na myśli brak zawartości rozpuszczalników w... Nieważne. Te plotki są absolutnie bezpodstawne, jak nas poinformowała Klinika, i nie ma żadnego powodu do niepokoju. Jest całkowitą nieprawdą, że obecność wirusów powoduje impotencję u mężczyzn... poprawka: nie stwierdzono obecności wirusów, ale gdyby nawet, ich obecność nie wpływałaby na potencję mężczyzn.

    Płynnie przeszła do następnej części programu.

    - No cóż... to chyba wszystko. A teraz, nasze najnowsze odkrycie...

    Ida wcisnęła przycisk i wpuściła na antenę normalną audycję. Właśnie zaczynała się piosenka. Odwróciła się do Doca, cała promieniejąca.

    - Jak mi poszło?

    - Zupełnie zadowalająco. Właśnie zastanawiam się nad skutkami gwałtownej epidemii impotencji. Lubię tych wszystkich biednych, cierpiących Migów.







    Na następną zmianę tylko ośmiu Migów zgłosiło się do pracy w tej fabryce. W ciągu piętnastu minut tych ośmiu także usłyszało o dementującej plotki audycji. Natychmiast opuścili teren zakładu.






    Patris, przebrany za strażnika, opierał się niedbale o ścianę. Obserwował Migów bawiących się w obszarze rekreacyjnym. Inny Buntownik - dziewczyna ubrana jak dziwka - prowadziła z nim pogawędkę. Udawała, że poluje na niego.

    Wysoki, chudy Mig przyciągnął ich uwagę. Zajmował się jednorękim bandytą". Wkładał swoją kartę, czekał, aż zabłysną koła i światła. Klął, bo wciąż zostawał z pustymi rękami. A potem znowu wkładał kartę i próbował jeszcze raz.

    - Już od godziny stoi przy tym - szepnął Patris do dziewczyny.

    Popatrzyła na tego Miga.

    - Pewnie zdążył dodać ze sześć miesięcy do swojego kontraktu - powiedziała.

    Odwróciła się, prześlizgnęła się obok przewodu wentylacyjnego, potknęła się tuż przy nim.

    - Mamy klienta - szepnęła do siedzącego w środku Buntownika. Odgłos kroków, chłopak odszedł.

    Całe godziny później Mig dalej stał przy tym automacie. Wewnątrz muru, tuż za maszyną, Buntownik manipulował przyciskami na pulpicie kontrolnym diabelskiego przyrządu Idy. Utrzymywał Miga w zainteresowaniu, karmiąc go kilkoma zwycięstwami. Ale mimo to mężczyzna był wciąż na minusie.

    - Cholera jasna! - krzyknął w końcu.

    Odwrócił się i odszedł od automatu. Patris strzepnął niewidzialny pyłek z munduru i podszedł do maszyny. Poczekał, aż Mig spojrzał na niego. Włożył kartę. Natychmiast syreny... dzwonki... światełka oszalały.

    Przegrany Mig zamarł.

    - Kurde - powiedział do innego Miga, stojącego przy nim. - Widziałeś, co ten palant zrobił?

    - Tak. Udało mu się. Skasował niezłą forsę.

    - Ale ja grałem na tym automacie przez pół dnia! Nie dostałem złamanego kredyta. A potem ten tylko podszedł i...

    Inni Migowie, którzy zgromadzili się wokół słysząc syrenę wygrywającej maszyny, słuchali teraz przegranego Miga i rzucali paskudne spojrzenia na Patrisa. Patris udał w końcu, że je zauważa. Przeszedł przez tłum, wywijając Paralizatorem.

    - Rozejść się - komenderował. - Przestać gapić się i spływać.

    Gniewny tłum zawahał się.

    - Śmierdzące oszustwo i nic więcej! - wrzasnął ktoś z tyłu. Tym kimś była "dziwka" z gangu.

    - Powinniście go złapać! - krzyczał ten, który przegrał. On ukradł to, co ja powinienem wygrać!

    Więcej gniewnych pomruków. Patris wcisnął guzik wzywający posiłki i cały patrol strażników ruszył w pośpiechu na ratunek. Chłopak poczekał, aż zbliżyli się do tłumu, a potem zniknął z oczu.







   - Drodzy współpracownicy - mówiła Ida. - Wszyscy powinniśmy być wdzięczni za wspaniałe ośrodki rekreacyjne prowadzone przez Kompanię, i to niemałym kosztem, mogłabym dodać. Na przykład automaty hazardowe, dające nam dobrą, czystą rozrywkę. Statystyki Kompanii dowodzą, że maszyny te wypłacają więcej kredytów, niż do nich wpływa. Przysunęła mikrofon odrobinę bliżej.

    - Ale przecież zawsze ktoś musi przegrać, a potem rozpowszechnia straszliwe plotki. Tak straszliwe, że aż czuję się zakłopotana powtarzając je... Nie ma cienia prawdy w opowieściach jakoby automaty zostały tak ustawione, aby wygrane wypłacać wyłącznie wysokim urzędnikom Kompanii. Nie ma ani źdźbła prawdy. Niektórzy kłamcy posuwają się nawet do tego, aby twierdzić, że maszyny płacą tylko strażnikom. Czy możecie to sobie wyobrazić! Tym właśnie ludziom zatrudnionym niemałym kosztem przez Kompanię do...







    Jorgensen wpadł na wspaniały pomysł.

    - To wszystko waga lekka - powiedział. - Musicie uderzyć tych ludzi tam, gdzie naprawdę zaboli.

    - Na przykład - prychnął Doc, nieco urażony.

    - Na przykład piwo.







    W czasie następnej przerwy pomiędzy zmianami tłumy Migów płynęły do ośrodków rekreacyjnych. Wkładali swoje karty i zamawiali coś zimnego. Nic. Nawet jednej kropli. Maszyna jedynie połykała kartę, odejmowała kredyty, a potem gdakała na Miga, aby sobie poszedł.

    - Niech mnie cholera weźmie, jeśli odejdę! - wrzasnął wielki Mig. Wsunął swoją kartę znowu. Nadal nic. Walnął wielką pięścią w maszynę. - Dawaj!

    - Jestem własnością Kompanii - poinformował go automat. - Stosowanie przemocy wobec mojej jednostki powoduje surowe kary.

    W odpowiedzi Mig jeszcze raz kopnął w maszynę. Rozdzwoniły się alarmy na posterunkach strażników. Ruszyli na odsiecz. Ale znaleźli tylko puste kopuły. Puste, poza wybebeszonymi kadłubami automatów, wydających piwo. Wszystkie opróżnione z zawartości i jęczące na podłodze.







    Doc pokręcił głową.

    - Nie. Zbyt oczywiste. Za mało cienia. Przestań mówić o piwie, Ido, a zamiast tego przejdź do sytuacji żywnościowej.

    Ida obróciła się do mikrofonu.

    - Drodzy pracownicy, Kompania ma przyjemność zapowiedzieć nowy program zdrowotny. Odkryto, że wszyscy mamy nadwagę. Dlatego właśnie, poczynając od następnej zmiany, wszystkie racje żywnościowe zostaną zredukowane o trzydzieści procent.

    Była dobrą aktorką.

    - Te trzydzieści... Przepraszam, Pomyliłam się. Ten program nie zostanie wprowadzony aż do... Co? Niewłaściwy komunikat? Przepraszamy! Ten tekst nie był przeznaczony na antenę!

    Stuknięcie mikrofonu. Chwila muzyki.

    - Drodzy pracownicy, nie ma ani odrobiny prawdy w pogłoskach, że racje żywnościowe zostaną obcięte o trzydzieści procent poczynając od następnej...







    Sten ominął pijanego Miga, pociągnął łyk piwa, a potem przepchnął się przez tłum do Bet. Postawił ich kufle i usadowił się na krześle obok niej.

    - Powiem wam coś - stwierdził jeden z Migów do swoich kompanów - oni posuwają się za daleko. Cholernie za daleko. Sten mrugnął do Bet, a ona uśmiechnęła się w odpowiedzi. - Nabierają nas. Wtrącają się do naszego życia seksualnego, próbują coś mieszać z piwem. A teraz mają zamiar przedłużyć o rok wszystkie kontrakty.

    - Gdzie to słyszałeś?

    - Przed chwilą. W radiu mówili.

    - Ale przecież ona powiedziała, że to tylko plotki.

    - No jasne. Już w to wierzę. Jeśli to plotki, to dlaczego tak usilnie starają się je zdementować?

    - On ma rację - wtrącił się Sten.

    Mig obrócił się do niego. Popatrzył uważnie, a potem uśmiechnął się i klepnął Stena w ramię.

    - No pewnie, że mam. W ten sposób zawsze Kompania pracuje, karmi nas pogłoskami, sprawdza reakcję, a potem okazuje się, że to wszystko prawda.

    - Pamiętacie, jak w zeszłym roku - powiedziała Bet - krążyła plotka, że wszyscy stracimy trzy dni płatnych wakacji? I co się stało?

    - Straciliśmy je - stwierdził smutno Mig.

    Jego przyjaciele popijali piwo. Z zastanowieniem. Ze złością.

    - Co do cholery - westchnął ktoś. - Czy nie możemy czegoś zrobić, zamiast ciągle narzekać?

    Potakiwania.

    - Powiem wam coś - stwierdził pierwszy Mig. - Zrobiłbym coś z tym wszystkim, gdybym mógł. Do diabła, podejmę ryzyko.

    Inni Migowie popatrzyli dookoła. Rozmowa wchodziła na niebezpieczne tory. Wymawiali się jeden po drugim. Zostawiając tylko Stena, Bet i tego odważnego Miga.

    - Naprawdę myślisz to, co powiedziałeś?

    - A o czym?

    - O zrobieniu czegoś z Kompanią. Mig popatrzył na niego podejrzliwie.

    - Jesteś szpiegiem?

    Zaczął wstawać.

    - No i co z tego, jeżeli nawet jesteś. Mam dosyć. Nic nie sprawi mi większej przyjemności niż złamanie ci...

    Bet ujęła go za ramię. Łagodnie pociągnęła w dół i postawiła przed nim piwo.

    - Jeśli mówisz poważnie - stwierdził Sten - to mam paru ludzi, z którymi chciałbym cię poznać.

    - Żeby co? Narzekać jak ci wszyscy? - machnął ręką w kierunku pozostałych ludzi w barze.

    - Mamy zamiar zdziałać coś więcej - dodał Sten.

    Mig zmierzył go wzrokiem. Potem uśmiechnął się szeroko. Wyciągnął rękę przez stół.

    - Jestem do twojej dyspozycji.

    Sten uścisnął jego dłoń.

    - Jak na ciebie wołają?

    - Mój majster nazywa mnie bardzo różnie. Ale na imię mi Webb.

    Wstali i wyszli z baru.







   - Wydaje mi się że w końcu złapałam, na czym ta cała rzecz polega - powiedziała Bet do Idy i Doca.

    - Akcja cieni? - spytała Ida. Bet kiwnęła głową.

    - Nieszczęsne ludzkie istoty - stwierdził Doc - torturują swoje małe móżdżki zastanawiając się nad rzeczami oczywistymi.

    Bet posłała mu spojrzenie, które zabijało wręcz fizycznie. Odwróciła się i ruszyła do drzwi.

    - Zaczekaj - powiedziała Ida. Bet stanęła.

    - Doc - stwierdziła Ida. Jesteś istotą, która wszystko widzi, ale czasem nie zauważasz tego, co masz tuż przed swoją tłustą twarzą.

    - Na przykład?

    - Na przykład moglibyśmy spróbować dowiedzieć się, co Bet miała na myśli.

    Doc zastanowił się nad tym, jego wąsy poruszały się. Potem skierował na Bet swoje najcieplejsze uczucia.

    - Mój błąd - powiedział. - Winne są genetyczne tendencje do gryzienia i szarpania.

    Uspokojona Bet wróciła i usadowiła się na krześle.

    - Myślałam o tym, co byłoby ostateczną akcją cienia. Dla Migów.

    - Co? - spytała Ida.

    - Coś takiego, jak stara legenda krążąca po Vulcanie od czasów pierwszego Miga.

    - Legendy? - wtrącał się Doc. - Lubię legendy. Można z nimi wiele zdziałać.

    Bet wzięła głęboki oddech.

    - Historia opowiada, że pewnego dnia nastąpi rewolta Migów. Uwieńczona sukcesem rewolucja prowadzona przez kogoś spoza planety, kto kiedyś sam był Migiem.

    Doc dalej myślał trochę powoli, przeprosiny nieco go wyczerpały.

    Ale Ida pojęła natychmiast.

    - Mówisz o Stenie?

    - Właśnie tak.

    - Aha - stwierdził Doc, w końcu orientując się, o co chodzi. - Mityczny zbawiciel. Sten poprowadzi szeroką aleją do zbawienia.

    - Coś w tym rodzaju - powiedziała Bet.

    - Doskonałe - ucieszyła się Ida. - Szepniemy tu i tam słówko, że zbawiciel jest wśród nas. - Popatrzyła na Doca. Czy doszliśmy już do tego punktu?

    - Tak - potwierdził Doc. - To w sam raz zaawansowane stadium.

    Bet zawahała się.

    - Jeden problem.

    - Taki jak? - Doc niecierpliwił się, aby przystąpić do pracy.

    - Co sam Sten będzie o tym myślał?

    Ida wzruszyła ramionami.

    - A kogo to obchodzi? Żałuję tylko, że to nie ja. Na powstaniu zawsze można zarobić masę forsy.







    Plotka rozpowszechniała się jak kolonia bakterii na szalce Petriego. Na całym Vulcanie Migowie byli napięci, źli, czekający, aż coś się zdarzy. Bez nacisku rozterki zmieniały się w powszechną akceptację.

    - Widziwe? - mówił stary Mig do swoich wnuków. - To właśnie tłumaczyłem cały czas waszemu ojcu. Istnieje sposób na wydostanie się z Vulcana. I w cholerę z Kompanią.

    Jego syn i synowa zignorowali przekleństwo. Przytaknęli, kiwając dzieciom głowami. Dziadek ma rację.

    - I jak mówiłem cały czas, to właśnie Mig może wsadzić nasze kontrakty wprost w...

    - Tato - ostrzegła synowa.

    - Opowiedz nam o nim, dziadku - poprosiło dziecko. Opowiedz nam o Migu.

    - No cóż, zacznę od tego, że jest dokładnie taki, jak my. Zwyczajny robol. I kiedyś udało mu się wydostać z tej planety. Ale nigdy o nas nie zapomniał i...







   - Nigdy nie myślałem, że będę mógł usłużyć Zbawicielowi powiedział Alex. Skłonił się uroczyście i wręczył kufel Stenowi.

    - Zamknij się - warknął Sten. Bet zachichotała.

    - No cóż, Bet. To wspaniałe, że udało nam się wypełnić tę wielką dziurę w mitologii. Oto ja, służący w ciemności, wołam do Trójcy, aby czuwała nad moim bezpieczeństwem.

    - Trójcy? - spytała Bet.

    - Tak. - Alex schylił się, podniósł szamocącego się Stena za biodra. Trzymał go nad głową... potem posadził z powrotem na krześle. - In nomine Bobby'ego Burnsa, Johna Knoxa i mojego wielkiego pana.

    Po raz pierwszy Sten nie mógł znaleźć przekleństwa dostatecznie ordynarnego, aby pasowało do okazji.

następny